poniedziałek, 13 czerwca 2016

Niespodziewana fantazja


Wszystko zaczęło się od niespodziewanej fantazji mojego męża. Pewnego wieczora siedział samotnie na tarasie naszego wiejskiego domu, mając przed oczami gęstą ścianę świerków rosnących za płotem sąsiadów. Płot drewniany, wysoki, ale wybujałe drzewa za nim – jeszcze wyższe. Znacznie wyższe. Najpierw młode świerczki chowały się za deskami ogrodzenia, a po kilku latach wystrzeliły zza niego do góry. I oto stały się nienaruszalnym elementem pejzażu, jaki oglądamy codziennie z okien. O tyle nienaruszalnym, że nigdzie nagle nie odejdą, ale ich powolny, systematyczny ruch ku górze i na boki jest biologicznym faktem.

Świerki zasłaniając bez pardonu kawał nieba, zaglądają do naszego ogrodu. Ba, po prostu gapią się na nas bez śladu zażenowania. A przecież wciąż rosnąc i mężniejąc będą zaglądać coraz bardziej. Już teraz bezwstydnie poprzekładały nad płotem swoje gałęzie i podtykają je nam pod nosy. Z karygodną bezczelnością zrzucają pożółkłe szpilki i rujnują obrzeże naszego trawnika. Ale, co tam. Całoroczna, dzika, świerkowa zieleń warta jest kilku kęp banalnej trawy.

Mamy tej iglastej zieleni pod dostatkiem, bo w naszym ogrodzie też rosną świerki – absolutnie legalne. Posadziliśmy je wiele lat temu własnoręcznie, na naszej ziemi. Jednak świerki sąsiadów, przez zasiedzenie, stały się nam bliskie, jak własne. Rabatki, kwiatki, krzewy, trawniczki, chodniczki można ukryć za ogrodzeniami, parkanami i litymi ścianami. Ale drzewa? Oczywiście wierzymy naiwnie, że są naszą własnością. A one urosną sobie radośnie do góry ponad najwyższe płoty, rozpanoszą się w przestrzeni, rozbujają z wiatrem na tle nieba i już. Patrzcie na nas ludzie. Kto chce i kiedy chce. Jesteśmy wolne. Nie należymy do nikogo, ale możemy przez chwilę należeć do każdego, kto ma ochotę nas podziwiać. Co więcej, z palcem w nosie (z gałązką w dziupli?) są w stanie nas przeżyć, jeśli wcześniej nie zrobimy im krzywdy. Czy w takiej sytuacji może dziwić ich beztroska granicząca z arogancją?

Zatem niespodziewana fantazja mojego męża została wywołana przez bujne, aroganckie świerki pyszniące się nad płotem. Niespodziewana, bo mój mąż nie należy do osób szczególnie rozfantazjowanych. Jego inspirowana wizja była więc rodzajem gromu natchnienia, który spadł ze spokojnego, zazwyczaj, nieba przypisanego człowiekowi z natury racjonalnemu.

Wyjrzałam na taras. Zmierzchało i wiał spory wiatr. Mąż siedział zagapiony w, tak zwaną „dal”.
- Popatrz na te świerki – zaproponował, nie odrywając oczu od drzew.
Popatrzyłam.
- Co widzisz? – zapytał.
Zrobiłam się czujna.
- No, świerki – odparłam. - Lekko rozkołysane – bąknęłam niepewnie. - I ładne, jak zawsze – dodałam szybko, okopując się na swoich pozycjach.
- Ładne – przytaknął mąż. - I takie… żywe.
Spięłam się jeszcze bardziej.
- Żartujesz sobie ze mnie? – strzeliłam krótką serią z okopu.
- Nie! – zawołał lekko rozkojarzony. - No, co ty! Tym razem cię nie wkręcam – zapewnił.
Popatrzyłam na niego badawczo i stwierdziłam, że faktycznie jest bez broni.

Słynę w rodzinie z tego rodzaju naiwnej ufności wobec bliskich, która prowokuje ich do wkręcania mnie. Mąż jest urodzonym dowcipnisiem, więc nierzadko wykorzystuje moją niegroźną przypadłość. Na szczęście mam poczucie humoru na właściwym miejscu i trochę zdrowego dystansu do siebie, więc wybaczam im te wygłupy. Ubocznym skutkiem wybryków męża i dzieci jest moja nawykowa czujność. Nic mi po niej, ponieważ niestety uaktywnia się na ogół nie wtedy, kiedy potrzeba.

Skupiłam się na świerkach i czekałam na dalszy rozwój wypadków.
-  Wyobraziłem sobie, że te drzewa, to żywe istoty – podjął wątek mąż.
- Bo są żywe – odparłam.
- Ale ja mam na myśli coś innego. Coś fantastycznego.
- Aha… – powiedziałam ostrożnie.
- Popatrz, te wygięte do góry gałęzie mogłyby być dziećmi dorosłych drzew. Poruszają się na wietrze niezależnie od siebie. Żyją własnymi życiami. Wykonują mnóstwo niekontrolowanych ruchów, zupełnie jak rozbrykane dzieciaki.

Przyznam, że trochę mnie zatkało. Mój mąż jest człowiekiem nie pozbawionym wyobraźni, ale tego rodzaju fantazjowanie, to dla niego z goła obca materia. Gatunek fantasy, czy to w filmie, czy w literaturze określa pogardliwie jako „czary mary” i unika bliskiego z nim kontaktu.
- Nie poznaję cię! – zawołałam.
- To mi się samo nasunęło, wiesz? Przecież przy odrobinie wyobraźni można w formie i kształcie tych gałązek dostrzec jakieś postaci. Z podniesionymi do góry główkami i wyciągniętymi na boki rękami, czy kończynami, jak wolisz – kontynuował mój mąż zapatrzony w drzewa.

Wiatr targał świerkowymi gałęziami. Falowały i podrygiwały animowane ruchem powietrza. I wtedy zobaczyłam to, co dostrzegł mąż. Czubki gałęzi, zadarte ku górze, były kosmatymi czuprynkami, a nieco poniżej sterczały fantazyjne dredy młodych przyrostów. Wyprężone na boki dłuższe gałązki przypominały iglaste łapki. Giętkie postacie pochylały się i prostowały w zabawnym tańcu. Każda trochę inaczej. Dotykały się i odskakiwały od siebie. Wiele z nich wyciągało się wprost ku nam kiwając zaczepnie czuprynkami i machając bezładnie, ale radośnie palczastymi rączynami.
- Wystarczyłoby im domalować jakieś wyraziste oczy i…
- I czary mary gotowe – dokończyłam.
- Oj, tam. Nie kpij sobie ze mnie.
- Widzisz? Jak się wymyśla własną historię, to nawet bajka nabiera znaczenia – upomniałam męża. – Zwłaszcza dla jej autora – dodałam z przekąsem.
- Ale, co? Źle wymyśliłem? – zapytał trochę żałośnie autor.
- Nie mogłeś niczego źle wymyślić, bo w zasadzie nie myślałeś.
Mąż uśmiechnął się krzywo i wycelował we mnie palec wskazujący.
- Chciałam powiedzieć, że nie myślałeś w obiegowym znaczeniu tego słowa – pospieszyłam z wyjaśnieniem. - To był twórczy impuls. Inspirowana wizja. Takich kreatywnych skojarzeń się nie weryfikuje. One po prostu powstają.
- A napisałabyś coś o tych świerkowych istotkach? – zapytał uspokojony mąż.
- Dlaczego nie. Zainspirowałeś mnie. Poopowiadaj mi o nich jeszcze trochę…

W kilka dni później mój mąż miał okazje podzielić się swoim wyobrażeniem z wnuczką.
- … i popatrz na te gałęzie. Czy nie mam racji?
- Nie widzę tego – mruknęła Wiktoria po chwili przyglądania się drzewom.
- Bo wiatr dzisiaj mniejszy. Ale przyjrzyj się. Spróbuj zauważyć wyciągnięte do góry główki i te rozbujane łapki.
- No… może. Ale ja raczej widzę zwierzaki, które mają więcej niż dwie łapki. Jakieś takie mrówkojady z małymi łebkami, grubymi szyjami i włochatymi grzbietami.
- E… - wyraził wątpliwość mąż.
- No, tak! Przyjrzyj się dobrze, dziadziusiu.
- Czy ja wiem…
- Wyraźnie widać. Nie powiesz mi, dzidziusiu, że te stworki mają tylko po dwie ręce. To nie są ludziki, tylko zwierzęta.
- Może, może…

I tak gawędzili sobie dobre dziesięć minut. I o czym? O świerkach sąsiada, które w dodatku widać zza płotu tylko w połowie. Można? Można. Wiaterek sobie wieje, prawda, gałęzie się gną i huśtają. To nic niezwykłego. Wszędzie tego pełno, zwłaszcza za miastem. Można na to po prostu patrzeć, no, fajnie, drzewa się kołyszą, ładnie jest. Można się przyjrzeć trzecim okiem, no i mamy świerkowe ludki z dredami i zmutowane mrówkojady. Ech, magia drzew… Dla starych i młodych.

Wszystko zaczęło się od niespodziewanej fantazji mojego męża, a skończy, prawdopodobnie, na opowiadaniu (bajce!), które już mam w głowie. „Dwa ogrody” - taki tytuł. Muszę je napisać, bo obiecałam już mojej wnuczce.


 Zagapiona

Leżę na brzuchu pod grubym drzewem.
Gapię się w ziemię z wielkim zdziwieniem,
bo nie wiedziałam, po ilu rzeczach
depczę, gdy w lesie jagody zbieram.

Mech, piórko, szyszka - chyba sosnowa,
obok patyczek, liścia połowa,
a tam mignęła mi chrząszczy parka
i krasnoludek w czerwonych trampkach.

Cóż, krasnoludek... Co?! ...nie, poziomka.
Patrzę uważnie - jednak biedronka.
Przez mech żuk pcha się - czarny metalik.
I krasnoludek... No, nie do wiary!

Oko mi łzawi… Mam zawrót głowy!
Uff, to borówka - kolor czerwony.
A krasnoludek? Wciąż nic pewnego...
Jestem dorosła!!! No i co z tego?

Rozgarniam kopczyk szpilek z modrzewia,
a tam, pod spodem brązowa ziemia.
Dłubię w niej palcem, bo pulchna, miękka...
O! i stonoga właśnie uciekła.

Leżę na brzuchu pośrodku lasu.
Gapię się w ziemię, choć brak mi czasu,
bo jagód nie mam w koszyku wcale.
Już ich nie zbiorę – gapię się dalej.










wtorek, 20 października 2015

Komu kamień, komu?

Plaża w Ustce, to jedna z najpiękniejszych plaż nadbałtyckich. Spędzamy urlop w ośrodku wypoczynkowym pod Ustką, ja, mąż i nasza ukochana wnuczka Wiktoria. Domki kampingowe z lat siedemdziesiątych. Wyremontowane, konserwowane, jednak prymitywne i nieco zatęchłe. Ale za to położone w sosnowym lesie. Ale za to bliziutko plaży. Ale za to tanio.

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, byłam tu z rodzicami. Także ze swoim chłopakiem i  parą przyjaciół. Bez nich nie chciałam jechać. Dziewiętnastolatka z rodzicami na wczasach? Nigdy! Byłam przecież dorosła, zakochana i spragniona towarzystwa rówieśników. Domek numer 15 tętnił muzyką z magnetofonu kasetowego i śmiechem. Rodzice jakoś to dzierżyli. Wiedzieli, że mogą to być ostatnie, wspólne wakacje. Mama, tata i córcia jedynaczka. Paczka młodzieży na dokładkę. Zajmowali pomieszczenie na parterze. My zadymialiśmy na pięterku. Lato byłe chłodne i deszczowe, więc często zadymialiśmy. Dosłownie też – bo byliśmy pełnoletni i wszyscy paliliśmy. W tamtych czasach nikomu nie przychodziło do głowy, żeby wychodzić z fajkami na zewnątrz. No i popijaliśmy winko, niezłe wino. Białe, wytrawne Cotnari made in Romania, bo mody na piwo jeszcze nie było. Tym bardziej, że w sklepach przyzwoite piwo nie figurowało, więc ambitna młodzież snobowała się piciem wina z importu. Świetnie bawiliśmy się w swoim towarzystwie, a huczące morze i przepiękna plaża tuż pod nosem schodziły zdecydowanie na plan dalszy.

Śladami z przeszłości zawędrowałam znowu do Ustki. Bardzo, bardzo dorosła. Zakochana, a jakże. Spragniona towarzystwa najbliższych. Zupełny przypadek zdecydował, że zajęliśmy domek numer 15. Odkryłam ten fakt dopiero po powrocie, na podstawie starych fotografii z wakacji spędzonych w Ustce … nie powiem, ile lat temu. Bardzo mnie wzruszyło takie zrządzenie losu. Domki te same, sosny wokół większe. Obecny, prywatny właściciel ośrodka okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem i dobrym gospodarzem. Mimo dość surowych warunków kwaterunkowych nie narzeka na, tak zwane obłożenie. Porządek, bliskość pięknej plaży, oddalenie od hałaśliwego centrum Ustki i przepyszne, domowe obiady na miejscu mają, jak się okazuje, swoich zwolenników w różnym wieku, którzy wracają tu od lat. Są nawet stali goście zza granicy: Holendrzy, Francuzi i Hiszpanie. Swoją drogą zastanawiam się, co przyciąga nad zimny i kapryśny Bałtyk ciepłolubnych Hiszpanów? Może niskie ceny? A może rodzaj egzotyki – ostre powietrze, lodowata woda, mało zatłoczona plaża… Ile można się moczyć w morskim rosole, leżeć na piasku jak sardynka obok innych, stłoczonych sardynek i patrzeć w banalnie lazurowe, bezchmurne niebo dysząc z gorąca?

Nad Bałtykiem też świeci słońce, na plaży za parawanem upał, ale wstaniesz i już cię obwiewa chłodny wiatr, już rozglądasz się za jakąś bluzą, bo zwiewne pareo nie wystarczy. Wejdziesz do morza - stawy wykręca napadowe lumbago. Wracasz na piasek taka dzielna po zmaganiach z lodowatymi falami, ale trochę sina. Za parawanem ciepełko, a tu nagle nadpływa pięćdziesięciokilometrowa chmura i czekasz pół godziny na słońce szczękając zębami. Ale to wszystko przecież nasze. Mamy swoje własne morze, burzliwe (ach, ta krótka, bijąca bałtycka fala!), stalowe z odcieniami granatu, a niekiedy zieleni. Złote, szerokie plaże, jakich mało na południu Europy. No i ten nasz polski hart, bo rodzimy się, dorastamy i żyjemy w takim, a nie innym klimacie. Byle wiaterek nas nie zniechęca, a od zimnej wody nie dostajemy histerii.

Na wstępie naszego nadmorskiego urlopu, Wiktoria wysłuchuje historii o tym, jak po latach jej babcia wróciła w miejsce, gdzie spędzała beztrosko czas, jako młode dziewczę. Dziewczyna, która nawet nie przeczuwała, że wkrótce będzie zabierała na wakacje własne dzieci. Posiadanie wnuków nie mieściło się wtedy w ogóle w jakichkolwiek planach na przyszłość. Wiktoria zna ośrodek wypoczynkowy pod Ustką, bo odkrył go dwa lata wcześniej jej tata, a mój syn rodzony. I to też był kompletny przypadek, bo nie ja mu go poleciłam. Ja, mój mąż i moje dzieci, wszyscy lubimy Bałtyk z jego zaletami i wadami. Syn i synowa bardzo chcieli jechać nad morze. Znaleźli ofertę w necie, skusiły ich przystępne ceny, no i pojechali. I zakochali się od razu w okolicy, w plaży niemal na wyłączność i w tych prostych domkach z komunistycznym, FWPowskim rodowodem. Dla niezorientowanych: FWP – Fundusz Wczasów Pracowniczych. Za komuny na wczasy jeździło się prawie za darmo. Gwarantował to ludziom pracy właśnie ten fundusz. To jedno z moich nielicznych miłych skojarzeń z okresem zamordyzmu.

Wiktoria najpierw obleciała wszystkie zajęte domki, ale niestety nie znalazła żadnej koleżanki z poprzednich wakacji. W takich przypadkach natychmiast wkleja się we mnie, dopóki nie poszuka sobie nowego, rówieśniczego towarzystwa (co zwykle nie trwa długo). Pogoda ładna, ciepło, wrzucamy torby do domku, zakładamy kostiumy i maszerujemy na plażę. Zawsze jestem przejęta tym pierwszym uderzeniem morskiego wiatru, nasilającym się, w miarę zbliżania do celu, hukiem fal i wreszcie powalającym widokiem sinego, rozbujanego bezkresu. Uwielbiam otwartą przestrzeń, a gdzie znajdę jej więcej, niż na brzegu morza?

Plaża, to dla dzieci bezkresna piaskownica z nieograniczonym dostępem do wody, którą można dowolnie zwilżać piasek na babki i inne piaskowe kompozycje i konstrukcje. Dla dzieci do lat powiedzmy… dziewięciu. Jedenastoletnia dziewczyna, to wszak nastolatka, więc Wiktoria nie bierze już publicznie do ręki wiaderka i łopatki. Jeszcze dwa tygodnie temu bawiła się z dziećmi moich przyjaciół w piaskownicy, ale to w działkowym zaciszu. Na plaży w Ustce taki scenariusz odpada.

Najpierw sprawdzamy palcami stóp temperaturę wody. Bez niespodzianek – lodowata. Potem opalanie, niech się dziecko ponudzi. To nie takie złe we współczesnym natłoku natrętnych bodźców i powierzchownych wrażeń. Dajmy czasami naszym dzieciom szansę na przeżycie starej, poczciwej nudy, co przekłada się na pobycie przez chwilę samemu ze sobą, swoimi myślami i uświadomienie własnych potrzeb, chęci do jakiegoś celowego działania. Smarujemy się kremem z filtrem i opalamy, trochę z przodu, trochę z tyłu. Wiktoria zaczyna się wiercić, bo ile ruchliwa jedenastolatka może leżeć plackiem na kocyku? No, to kąpiel. Z babcią oczywiście, bo dziadek woli kontemplować piękno morza z bezpiecznej odległości. 

Zaciskam zęby i wchodzę do wody. W morzu nie zamoczysz się stopniowo, jak w jeziorze. Fale są nieprzewidywalne. Oto hartujesz skórę nóg do kolan i nagle fala zalewa cię do pasa, wchodzisz do pasa i już po chwili jesteś zahartowana po czubek głowy. Ale… przy wnuczce nie pękam. Wiktoria piszczy, wbiega i wybiega z morza, a ja już cała mokra udaję twardziela i zachęcam ją do zanurzenia się w wodzie. Najodważniejsi z odważnych mawiają, że trzeba być twardym, nie „miętkim”. Nie jestem więc miętka, co najwyżej trochę w kolanach, bo reszta stawów mi zesztywniała. Kiedy mija pierwszy szok termiczny, szalejemy z falami i już jest fajnie. Lubię wodę i choć jestem zodiakalnym Bliźniakiem, w upodobaniach bliżej mi do Ryb lub Wodnika.

Dygresja: kiedyś w przedszkolu gawędziłam z moimi sześcioletnimi wychowankami na temat Zodiaku – kto, spod jakiego znaku pochodzi, rodzeństwo, rodzice… Jeden z chłopców, uroczy, pulchny blondynek, oświadczył nagle z całą powagą, że jego mama jest zodiakalną krową. Po chwili konsternacji zaczęłam drążyć temat. Szybko odkryłam w dwuznacznie brzmiącej informacji chłopca żelazną, dziecięcą logikę. Okazało się, że jego mama pochodzi spod znaku Byka, a skoro jest kobietą, to znak też zmienił płeć. Krowa – towarzyszka byka. Proste!

Na wakacjach żądam w pobliżu obecności wody. Letni odpoczynek bez jakiegoś akwenu trochę mnie nuży. Dobrze pływam, ale morze budzi we mnie respekt. Wolę po prostu zabawę z gruntem pod nogami. Wiktoria powoli sinieje, ale nie przejawia chęci do wyjścia na brzeg. Dzieci tak mają. Żeby woda była nie wiem jak zimna, to i tak wlezą, zanurzą się w niej, niczym bobry i nie chcą wyjść. Wyciągam bladoskórą, drżącą wnuczkę z morza, owijam ręcznikiem i czekam, aż wróci jej naturalny kolor.

Plaża w okolicach Ustki jest usiana kamieniami. Niedużymi, kolorowymi, krągłymi, pięknie wypolerowanymi na gładko. Plan zajęcia wnuczki rodzi się błyskawicznie – zbieramy kamienie. Najpierw spontanicznie, te najpiękniejsze, najciekawsze. Przynosimy z plaży, na oko, pięć kilo kamieni. Segregujemy kolorami, potem wielkością i kształtem, tworzymy kategorie. Wiktoria ma żyłkę zbieracza i kolekcjonera. Podłoga pod stołem w domku zapełnia się kolorowymi stosikami.

Następnego dnia znowu zbieramy na plaży kamienie, ale już metodycznie. Więcej ciemnych, bo jest ich mniej, a kolekcję należy uzupełnić. Zaczynamy się robić wybredne. Ten ładny, ten mniej, taki już jest. A to wcale nie kamień, tylko wygładzony kawałek cegły, tu znów obrobione siłą fal zielone szkiełko, zapewne z rozbitej butelki. Precz z fałszywkami, kamień ma być kamieniem, ale Wiktoria ma inne zdanie. Ładne to przecież, choć śmieciowe. Na poczekaniu tworzy nowy zbiór: fałszywek.

Potem zaczynamy fantazjować i improwizować. Obkładamy się ciepłymi kamykami. Salon odnowy biologicznej – azjatycki masaż pleców kamieniami. W Warszawie taki zabieg kosztuje 70 złotych. Pada propozycja zakopania dziadka w piasku: zabieg rozgrzewający stawy. Mój mąż godzi się z oporami, ale po zakopaniu nóg odmawia dalszej współpracy. Pozwala na krótkotrwały azjatycki masaż kamieniami, po czym salon odnowy biologicznej zmieniamy w studio paznokci, tylko dla kobiet. Zatykamy płaskie kamienie między palcami , jak rozpórki stosowane w pedicure. Zaśmiewamy się z nienaturalnego wyglądu naszych stóp. Malujemy paznokcie niby lakierem – przy pomocy chusteczki zwilżamy je wodą i obsypujemy piaskiem. Osiągamy efekt ozdobnego, brokatowego pedicure. Wiktoria robi zdjęcia naszym rozcapierzonym palcom u stóp i natychmiast wysyła mamie.

Po południu moja towarzyska wnuczka dorywa nową koleżankę. Po godzinie także kolegę. Szczelnie ogrodzony teren ośrodka, plac zabaw i zarośnięta pnączem altanka z ławeczkami załatwia sprawę. Młodzież błyskawicznie zacieśnia więzi towarzyskie rąbiąc zakazane na co dzień chipsy. Niech jedzą, co tam, wakacje są przecież. Mamy z mężem czas dla siebie. Też rąbiemy chipsy i sączymy zimne piwo w małych ilościach, bo dziecko powierzone naszej opiece zobowiązuje.

Nazajutrz wybieramy się do miasta. Chociaż raz trzeba zaliczyć koszmarnie drogą rybę z frytkami, lody o egzotycznych smakach i gumowate gofry z bitą śmietaną z tuby. Spacerujemy po porcie, przyglądamy się kolorowym kutrom rybackim nadgryzionym zębem czasu i jednostce ucharakteryzowanej na siedemnastowieczny szkuner piracki. Taka nowa atrakcja turystyczna. Potem szukam po sklepach szkła powiększającego i żałuję, że nie wzięłam z domu. Po co ci ta lupa, zastanawiają się mąż i wnuczka. Tajemnica. Kupuję szkiełko i przy okazji komplet farb plakatowych, cienkie pędzelki i trzy buteleczki lakieru bezbarwnego do paznokci. Będziemy malować, super, cieszy się umiarkowanie Wiktoria. Nie mamy papieru do malowania, zauważa. Papier nie będzie potrzebny. Zdziwiona. A ja mam w głowie gotowy plan.

Na plażę wychodzimy zawsze dość wcześnie. Lubię tę godzinę zupełnej pustki dookoła. Wiktoria idzie tym razem niechętnie. Jej nowi kumple, Lenka i Marcin, mają przyjść później. Moja wnuczka wierci się na kocu niecierpliwie. Wyjmuję lupę, o której zapomniała. Zaczynamy oglądać przypadkowe kamienie, obnażając ich prawdziwą naturę. Połyskliwe naloty, żłobienia, syntezy faktur i kolorów na maleńkich powierzchniach. Pozornie jednokolorowy kamień, pod szkłem odkrywa wielobarwne smugi i plamy. Powiększamy lupą ziarenka piasku, które z nowej perspektywy jawią się niczym maleńkie kamyki w różnych odcieniach szarości, żółci i brązu. Spędzamy nad szkłem czterdzieści minut. Zjawiają się Lenka i Marcin z rodzicami. Dorośli kiwają nam przyjaźnie głowami, ale rozbijają swoje plażowe obozowiska w przyzwoitej odległości. Bo mogą. Na tej plaży jest dużo wolnej przestrzeni.

Wiktoria biegnie do kolegów z lupą w ręku. Siedzimy z mężem na leżakach i obserwujemy dzieci, które wyrywają sobie z rąk szkło powiększające. Rozgarniają piasek, badają podłoże, po chwili biegną nad brzeg. Zanurzają lupę w wodzie. Wygrzebują z mokrego piachu jakieś glony. Patrzą po kolei. Potem oglądają własne dłonie, stopy, twarze nawzajem. Co chwila wybuchają śmiechem. A gdzie te ich magiczne smart fony za setki złotych, mruczę do męża. Ile kosztowała lupa? Dobre pytanie. Piętnaście złotych.

Pogoda się pogorszyła. Jest pochmurno i chłodno. Na szczęście nie pada. Wiktoria spędza dużo czasu z rówieśnikami. Jest w swoim żywiole. Grono „młodszej” młodzieży powiększa się z dnia na dzień. To już niezła banda. Odrabiam zaległości w lekturze. Kiedy po dwóch dniach wraca słońce, idziemy na plażę. Ale po obiedzie zostaniemy w ośrodku, dobrze babciu? Wedle życzenia, księżniczko. Znowu zbieramy kamienie, ale wyjątkowe. Muszą by duże i płaskie. Po co takie? Bo dużych i płaskich jeszcze nie mamy. Sprawa załatwiona, a mój plan czeka na realizację.

Wiktoria zadymia z dzieciakami, a ja przygotowuję świeżo zebrane kamienie. Czyszczę je z piachu, oglądam, badam dotykiem powierzchnie. Jak przyjemnie trzymać je w rękach, gładzic. Takie proste czynności uspokajają. Kiedy układam jeden na drugim, wydają ciche, ciepłe odgłosy, stłumione postukiwania podobne w brzmieniu do uderzeń deszczowych kropel o dach. Kładę kamienie na stole, obok farby i pędzle. Wika wpada na kanapkę z dżemem i zawisa nad blatem. Błysk w oku i już wie. Kamienie można malować? Jak wszystko inne, księżniczko. A kto zabroni pomalować, na przykład banana, butelkę z wodą czy klapę od deski sedesowej? Fakt. Śmiejemy się. Zachęcam wnuczkę do pierwszej próby. Wybiera kamień i trochę nieśmiało dotyka go pędzlem umoczonym w farbie. Farby są akurat – odpowiednio gęste, nie spłyną z nieprzepuszczalnej powierzchni. Pierwszy kamień w kwiatki, a w cóż by innego. Drugi… zaskoczenie: flaga narodowa. No, co? Mam teraz taką flagę, jak nikt inny. W porządku. Zaraz wracam, woła moja postrzelona wnuczka. Po kwadransie wraca z Lenką i Marcinem. Szybko przybywa kompozycji (motylki, morskie widoczki, samochód, piesek, kotek, kolorowe kropki, paski), błyskawicznie ubywa kamieni. Tłumaczę, że po wyschnięciu, warto pociągnąć obrazki lakierem bezbarwnym, żeby były trwalsze. Tak więc jutro pracy ciąg dalszy

Następnego dnia, po śniadaniu puka do naszego domku Lenka. Trzyma przed sobą kiść bananów. Robię kwadratowe oczy. Wika wciąga ją do środka i szykuje farby. Nie wierzę! Sprzedała Lence pomysł na malowanie bananów! Moja krew. Uśmiecham się pod nosem. Dziewczyny siedzą i malują banany, a mój mąż w milczeniu śledzi ich poczynania. W końcu pyta, czy to mój pomysł. W sumie mój, ale taki luźny. No, to masz „luźny”. Malowanie na żarciu, ja pierdzielę – szepcze do siebie. Z wyraźnym podziwem. Pękam z dumy. Banany są śliczne, tęczowe, w grochy, w kwiaty, w chmury i słońca. Wiktoria informuje mnie, że kiedy wyschną, pokażą je wszystkim, a potem zjedzą. Szkoda, ale to trochę tak, jak z mandalami. Usypuje się je pracowicie z kolorowego piaseczku z jednoczesnym zamiarem zniszczenia ich tuż po zakończeniu dzieła. Dobrze chociaż, że kamieni nie zjedzą.

Mama Lenki gratuluje mi kreatywności. Uśmiecham się skromnie, przenoszę dla ścisłości zasługi na dzieci, ale wiem przecież, że malowane kamienie są naprawdę super, a malowane banany po prostu podbiły moje serce. Jak znam Wiktorię, po wakacjach jej rodzice i my, zostaniemy szczęśliwymi posiadaczami malowanych klap na sedesach. I dobrze. Pociągnie się lakierem i będą takie oryginały, że klękajcie narody.

W przeddzień wyjazdu szykujemy upominki dla mamy i taty Wiktorii, dla drugiej babci i cioci. W kuchni ośrodkowej jadłodajni proszę grzecznie o kilka słoiczków, dziękując przy okazji za pyszne jedzonko i miłą obsługę. Przygotowanie upominków jest łatwe i przyjemne. Mineralny przekładaniec. Na dno każdego słoika idzie warstwa piachu z plaży, a potem kilka warstw małych kamieni. Każda warstwa w innym kolorze, po samą zakrętkę. Ustawiamy słoiczki na baczność w tekturowym pudełku w bagażniku samochodu, mając nadzieję, że w drodze nic się nie zepsuje.

Ostatniego dnia niebo jest trochę zachmurzone. Idziemy na plażę pożegnać się z morzem. Zawsze to robię, kiedy wyjeżdżam z wybrzeża. Te białe, nieszkodliwe chmury prowokują mnie do pożegnania innego, niż zwykle. Wszyscy troje kładziemy się na kocu i patrzymy w niebo. Obłoki przesuwają się na błękitnym tle zmieniając leniwie kształty. Gapimy się na nie i doszukujemy się w nich rozpoznawalnych form. Zwierzęta, smoki, twarze, pojazdy. Wciągająca zabawa, ale Wiktoria gna jeszcze do nowych znajomych. Wymieniają się numerami telefonów i adresami mailowymi. Dziesięć dni każdemu minęło zbyt szybko. Jak zwykle na urlopie.

Białe wieloryby

Dzisiaj chmury są jak wieloryby,
suną w górze całymi stadami.
To nie szkodzi, że tylko na niby,
że naprawdę są tylko chmurami.

Tutaj płetwal błękitny, a biały
niesie niebo na końcu ogona.
A tam humbak długimi płetwami
dotknął dachu na wieży kościoła.

Trzy delfiny świetliste i smukłe
płyną wolno w lipcowym upale.
Są spokojne i trochę są smutne,
bo nie mogą poskakać przez fale.

Kiedy niebo za morzem zatęskni,
morskie kształty nadaje obłokom.
To jest chwila niezwykła, bo wtedy
wieloryby wędrują wysoko.






czwartek, 24 września 2015

Agro plan mamusi i tatusia


Wakacje są dla dzieci. Należą im się, jak psu buda. Dzieciństwo jest relatywnie krótkim okresem w życiu człowieka, a te dwa miesiące intensywnej, dzikiej swobody przez kilkanaście lat z rzędu powinny pozytywnie naładować akumulatory danego osobnika na resztę jego obecności na tym łez padole. Przynajmniej hipotetycznie. Wakacje, to potężny ładunek miłych wspomnień i cennych doświadczeń, który niesie się blisko serca przez dorosłość. Dlatego ma być rodzinnie i plenerowo. Żadne tam przedszkola dyżurne, przypadkowe opiekunki i „lato w mieście”. 

Misiek jest szczęściarzem, a my jesteśmy szczęściarzami podwójnymi. Jedni dziadkowie mają dom letniskowy pod Radzyminem, drudzy daczeńkę niedaleko Legionowa. Zielone działki naszych rodziców oraz ich, szczególnie latem mocno rozbudzony, instynkt opiekuńczy rozwiązują, nierozwiązywalny dla niektórych rodzin, problem pod tytułem „Jak tanio wyszaleć znużone codzienną rutyną dzieciaki na łonie natury?”. Młody posiada jeszcze dwoje rodziców, którzy z determinacją wyszarpują od swoich pracodawców lipcowe i sierpniowe urlopy.

No, właśnie. Był już z nami nad polskim morzem (tłumy!), w polskiej krainie jezior (drogo i brudno…)  i w chorwackiej krainie jezior z ciepłym morzem w tle. Chorwacja ładna i czysta, ale pokonywanie samochodem setek kilometrów z młodym na tylnym siedzeniu, to transportowa trauma i wstrząsające doświadczenie pedagogiczno – opiekuńcze. Najpierw chichoty, paplanie, podśpiewywanie. Potem cisza. A następnie przez wiele godzin: siusiu/kupa - zamiennie. Mamo, pić. Wody nie chcę. Tato, daleko jeszcze? Jeść - ale nie to, tylko tamto, albo to i tamto. Ani to, ani tamto, najlepiej owamto. Co mam robić? Nudzę się. Za ciepło. Za chłodno. Nie, nie chce mi się oglądać książek. Nudzę się. Tato, daleko jeszcze? Jeść to, popić tamtym. Mamo, pobaw się ze mną w zgadywanki. Gorąco. Niewygodnie. Mamo, opowiedz mi coś. No, nie wiem co… Coś. Ciemno. Duszno. Nie mogę zasnąć. Tato, daleko jeszcze? Pić. Siusiu. Kupa. Tato, dale… Zasypiał. Budził się na postojach nieprzytomny: Gdzie jesteśmy? Daleko jeszcze?

W tym roku, wiosną, przepuściliśmy przez mieszkanie remontowy huragan. Wyrwał z posad stare szafki kuchenne i zdezelowaną lodówkę oraz pralkę, a przy okazji czarną dziurę w domowym budżecie. Meble na wymiar i nowy sprzęt chłodząco – piorący zielonej, wakacyjnej trawki Miśkowi nie zastąpią. Zanim przystąpiliśmy do remontu, postanowiliśmy wybrać się na urlop gdzieś niedaleko i tanio. Polska, bach. Agroturystyka, babach. Bardzo proszę. Ale agroturystyka? Banalne, a przy tym nie zawsze znowu takie tanie. Agro, to młody ma u dziadków na działeczkach. Jednak, nowe miejsca, nowe wrażenia i bodźce  –  to się liczy. Dostaliśmy namiar od przyjaciół - jedźcie, nie pożałujecie, raj na ziemi. Agroturystyka w Wielkopolsce, pod Gnieznem. Tanio. Niech będzie, co tam. Przyjaciele nie wsadzą nas przecież na minę. Kombinujemy, żeby młody spędził na wsi zabitej agroturystycznymi dechami cały lipiec. Ja wezmę urlop pierwsza, mąż drugi, a ostatni tydzień spędzimy razem, wszyscy troje. Plan dobry. Nie wiemy, jak miejsce.

W marcu rezerwujemy termin przez telefon. Pani, bardzo miła, zaprasza na wizję lokalną.
Maj - remontowe apogeum, a my jedziemy na rekonesans bez Miśka. GPS prowadzi nas, jak po sznurku. Z asfaltu ciągnącego na Gniezno zjeżdżamy na żwirówkę, potem skręcamy w polną drogą. Z jednej strony łąki, z drugiej las. Podjeżdżamy pod drewniany płot pomalowany na zielono. Przy furtce witają nas pani, miła przez telefon i rozmerdane, uśmiechnięte od ucha do ucha psisko. Ogromne i kudłate. Po chwili wiemy już, że pies nazywa się Buras (Jezu, przegięli z tym agro klimatem, nie ujmując niczego wsiowym Burkom), rasy jest wieloowocowej, łagodny i przyjazny, kocha dzieci. Spoko, lubimy psy. Pani, na oko po pięćdziesiątce, szczupła, ładna. Makijaż bardzo dyskretny, rozpuszczone, szpakowate włosy do ramion. Kolorowa spódnica do kostek, luźna, bawełniana bluzka, rustykalny wisiorek na rzemyku, skórzane sandały na płaskim obcasie. Trochę hippiska.

Wchodzimy w ogrodzone obejście. Trawa, dużo niekoniecznie dokładnie przystrzyżonej trawy. Podwórze ogromne. Z lewej ogród kwiatowy, dalej ogród warzywny i malownicza kępa brzózek. W głębi duży, stary, drewniany dom. Od razu widać, że z historią i z duszą. Pomalowany na brązowo, z pięterkiem, zielonym dachem i gankiem. W oknach seledynowe rolety. Schludnie. Na prawo od domu, stodoła. Typowa, krzywa stodoła z desek poszarzałych ze starości. A za przaśną, surową stodołą, jak w mordę strzelił szlachetna, prześliczna, wdzięcznie przechylona wierzba płacząca na niewielkim pagóreczku. W tle ściana lasu. Podchodzimy bliżej wierzby – w dole spory staw obrośnięty trzcinami, z mini pomostem. Psia krew, głęboka woda bez zabezpieczenia. Zgrzyt. Trzeba będzie objąć młodego wnikliwym monitoringiem. Trudno, to cena za dodatkowy, uroczy widoczek, tym ładniejszy, że po stawie pływa gromada kaczek krzyżówek i kilka łysek.

Pani hippiska, Anna, informuje, że może nas zakwaterować na pięterku (sanitariat na dole), ale skoro zgłosiliśmy się jako pierwsi, a kto pierwszy, ten lepszy, proponuje… stodołę. Żart? Pani studiuje nasze zmieszane miny, uśmiecha się tajemniczo i prowadzi do stodoły. Omijamy koślawe wrota i kierujemy się w stronę bocznych, ciężkich, drewnianych drzwi pod blaszanym daszkiem. Wchodzimy. Szczękami walimy z hukiem o podłogę z jasnych desek. Z wnętrza stodoły wykrojono trzydziestometrowe pomieszczenie z obniżonym, belkowanym sufitem, ścianami w boazerii i wielkim, panoramicznym oknem wychodzącym na pagórek z wierzbą. Naprzeciwko okna kamienny, otwarty kominek na pół ściany.

„Stodólne” wnętrze zostało wyposażone w wiekowe meble z odzysku. Masywny, rzeźbiony kredens z przeszkloną nadstawką, okrągły stół, proste, drewniane krzesła wyścielone kolorowymi poduchami, trzydrzwiową szafę z lat, powiedzmy, pięćdziesiątych ubiegłego wieku, komódkę do kompletu. Na ścianach, kilka dyskretnych, całkiem smacznych grafik (kwiaty, zioła). W aneksie kuchennym, wiejski kredensik z mlecznymi szybami w drzwiczkach i stareńki, wysłużony, ale wdzięczny zlewozmywak z przetartą miejscami, białą emalią. Taki zlew, to wyraźnie zamierzony efekt. Za to dwupalnikowa kuchenka gazowa – nowa i lśniąca. 

W głębi ogromnego pokoju przepierzenie ustawione z kilku wiklinowych parawanów, a za nim… coś niebywałego – dwa szerokie, zabytkowe (chyba!) łoża małżeńskie z wysokimi wezgłowiami, rozdzielone nocną szafką i tkanym z gałganków dywanikiem. Nad łożami makata z jeleniami nad źródłem – żarcik, oko puszczone przez osoby urządzające wnętrze. Między aneksem kuchennym, a sypialnią rozparta wielka, dziwna, obita boazerią szafa (?) pod sufit, z wąskimi drzwiami z porcelanową gałką. Jeszcze jedna szafa? Pani Anna uchyla drzwiczki, zapala światło i… ta ram. Mamy miniaturową łazieneczkę w kremowych kafelkach.

Błyskawicznie zaklepujemy stodołę, płacimy zaliczkę i ustalamy z panią Anną szczegóły naszego pobytu. Posiłki możemy przygotowywać sami lub, w razie chęci, zamawiać u niej domowe obiady. Żegnamy się z właścicielką (nikogo innego nie zauważyliśmy na podwórzu) i łaszącym się Burasem. Ruszamy spod zielonego płotu. Ostatni rzut oka na siedlisko – no, bajka. Klimat rodem z „Domu nad rozlewiskiem”. A jednak są takie miejsca…

Wracamy przez majowe łąki pełne mleczy. Szyby w samochodzie opuszczone, bo ciepło. Wciągamy w płuca tę niepowtarzalną, wiosenną mieszankę zapachów. Węszymy, jak dwa stuknięte króliki. Ziemia, młoda trawa oraz inne zielsko i wiele różnych, bardzo nieokreślonych, ale bardzo miłych woni. Tak więc urlop spędzimy na wiejsko i na przyrodniczo, ale nie na działkowo. Znane nam, aż do znudzenia i trochę gnuśne klimaty letnich siedzib naszych rodziców, zamieniamy na mikroklimat stodoły. Pod każdym względem odległej od miejskiej kołomyi. Wakacje w stylu agro...

Ach, jak pachnie!

Ach, jak pachnie dookoła:
niebo pachnie ciepłym deszczem,
miodem pachnie senna pszczoła,
mokrą ziemią – grządki pierwsze.

Motyl znalazł pączek biały,
który pachnie zagadkowo,
jak perfumy mojej mamy...
Mamo, pachniesz konwaliowo!

Pies buszuje w gęstej trawie,
trąca nosem sto stokrotek.
Mruczek zerknął gdzieś ciekawie:
zwęszył wróbla czujny kotek.

Ach, jak pachną łąki świeże!
Wiosna miesza aromaty
pól, ogrodów, wiejskich ścieżek.
Pachną płoty, pachną kwiaty…

Drzewa porwał wiatr do tańca,
zapachniało wierzbą, brzozą.
Słońce – złota pomarańcza
pachnie też… pomarańczowo.

wtorek, 21 lipca 2015

Opowiedz mi historię

Moja jedenastoletnia wnuczka, Wiktoria, jest pępkiem świata. Jedyne w naszej najbliższej rodzinie dziecko. Moja jedyna wnuczka. Zrozumiałym jest fakt, że ją rozpieszczamy. W zasadzie nie lubię określenia "rozpieszczona", bo na ogół ma ono znaczenie pejoratywne. A przecież, dlaczego dzieci ma się nie pieścić? Przytulać, całować, otaczać miłością, ciepłem? Podążać za nimi, słuchać uważnie, zaspokajać potrzebę akceptacji i bezpieczeństwa? Powiem tak: staram się rozpieszczać Wiktorię w sposób kontrolowany. Moja wnuczka jest rozpieszczona, ale nie rozpuszczona. Dawniej mówiło się - rozpuszczony, jak dziadowski bicz. I każdy rozumiał, z jakim dzieciakiem ma do czynienia. Wiktoria ma swoje humorki, ale które dziecko ich nie ma. Otoczona miłością, rośnie zdrowo i radośnie. Otwarta na ludzi, ciekawa świata, świadoma swoich zainteresowań, wysportowana. Umiarkowanie zdyscyplinowana, z dziecięcym prawem do popełniania błędów oraz incydentalnej samowoli.  Fajna dziewczynka.

Kiedy Wiktoria przebywa pod moją opieką, oddaję jej cały swój wolny czas. Pozdrawiam w tym miejscu wszystkie babcie i wszystkich dziadków, zwłaszcza tych, którzy teraz zapewniają swoim wnukom beztroskie wakacje pod nieobecność zapracowanych rodziców. Skupiam się na jej potrzebach, bo dobrze się z tym czuję i wiem, że tak trzeba. Ale także wymagam od niej sporo, stosownie do wieku i nie zawsze jest sielankowo. Czasami zaiskrzy między nami, jednak funkcjonujemy we wzajemnej, okazywanej przyjaźni.

Moja ukochana i trochę rozpieszczona wnuczka ponad wszystko ceni sobie fizyczną bliskość w, trudnym dla niej od najwcześniejszego dzieciństwa, momencie dnia - zapadania w sen. Cóż, ma naturę sowy i wieczorami odwleka w nieskończoność wykonanie czynności związanych z położeniem się do łóżka. Kiedy w końcu się tam znajdzie, potrzebuje mieć pod głową jakieś ciepłe, bliskie ramię, a przy uchu czyjeś usta sączące szeptem różne opowieści. Historie, jak je określa. Babciu, opowiedz mi jakąś historię. Jeśli chodzi o mnie, nie mogła lepiej trafić. Czasami historię opowiadam wierszem.

Kocia klęska

To opowieść krótka
o kocie z ogródka,
białym, w bure łaty,
puszystym, wąsatym.
I o gnieździe sójek
na sośnie za płotem,
co to miały kłopot
z tym wąsatym kotem.

Bo kocie zwyczaje
każdemu są znane:
nim kot łowy zacznie,
rozgląda się bacznie,
zaczaja się, śledzi,
skrada się z umiarem,
potem skacząc zwinnie
chce chwycić ofiarę.

Kot - wieczny myśliwy
jest czujny, cierpliwy,
i wyraźnie słyszy
najlżejszy szmer myszy...

.............................................................

Gwar w gnieździe na sośnie
ciekawił nieznośnie
kociego sąsiada,
więc na płocie siadał.
Ale każda sójka
z wielkiej troski słynie,
kiedy wiosną w gnieździe
zakłada rodzinę.

Kot swe oczy wlepiał
w gąszcz gałęzi drzewa.
Niepokoił sójki
gotowe do bójki.
Pisklęta podrosły,
już prężyły skrzydła,
gdyby któreś spadło,
to wprost w kocie sidła.

Z wrzaskiem i łopotem
rodzice nad płotem
miotali się w złości
na niechcianych gości.

Ale kot uparty
stroił brzydkie żarty -
ptasie krzyki głośne
miał po prostu w nosie.
Kiedy sójki widzą,
że wróg kpi z nich sobie,
przypuszczają atak,
naraz, zgodnie, obie.

Sfruwają z wysoka,
spadają na kota,
biją go skrzydłami
skrzecząc na świat cały.

Więc zmyka w popłochu.
Ach, jak wstyd jest kotu!
Na nic podglądanie -
dostał tęgie lanie.
Cierpi kocia duma...
No cóż, kto kłopotów
szuka, ten być musi
na nauczkę gotów.

Pisklęta bezpieczne!
A sójki waleczne
zostały na straży,
gdyby się odważył...
Ale kota nie ma.
Siedzi pod schodami,
nie wychyla nosa
i strzyże uszami.

Zaraz przyjdzie do mnie...
Lubię go ogromnie,
ale przyznać muszę:
należało mu się.

- Babciu, to o naszym Lolku, prawda?
- Oczywiście. Historia absolutnie prawdziwa. Znasz naszego kocura. Nawet wtedy, gdy ma pełny żołądek, zasadza się i próbuje polować. Taka jest kocia natura.

W pokoju panuje półmrok. W kącie pali się mała lampka. Przytulam się do wnuczki i słyszę, jak dwieście razy wcześniej:
- Babciu, opowiedz mi historię.
- Wesołą, czy smutną?
- Wszystko jedno.
- To dzisiaj będzie smutna.
- Bardzo smutna?
- Tylko trochę. Dasz sobie z tym radę. To będzie historia o drzewach.
- Prawdziwa?
- Sądzę, że tak, choć może nie dla każdego oczywista.
- Przed oknem mojej sypialni... - zaczynam.
- Tu, na wsi?
- Nie, w Warszawie. Otóż, przed oknem rosły dwa drzewa. Wierzba płacząca i klon. 
- Tam nie ma drzew.
- Teraz jest tylko jedno. Taki wysoki klon. Rośnie po prawej stronie od okna. Tak się przyzwyczaiłaś do jego obecności, że już go nie zauważasz. To normalne.
- Ale ty zauważasz.
- Ja, tak. Wiesz, że interesuję się drzewami. Lubię na nie patrzeć i zawsze mam je policzone w swoim otoczeniu.
- No, tak...
- Moja historia zaczyna się w momencie, kiedy przed oknem rosły jeszcze dwa drzewa. Klon po jednej stronie wąskiej, asfaltowej alejki, wierzba po drugiej. Drzewa dotykały się gałęziami, tworząc nad alejką liściasty daszek. W upalne dni panował tam przyjemny, chłodny cień. Stała nawet ławeczka, na której chętnie siadali starsi ludzie z osiedla. Prosty, jak żołnierz na warcie klon, wyciągał do wierzby swój największy i najgrubszy konar, a ona cała przechylała się z wdziękiem ku niemu, podając mu delikatne, giętkie gałązki. 

Kiedy patrzyłam na te dwa drzewa, czułam, że są sobie bliskie. Trzymały się przez cały czas za ręce. Nawet zimą, kiedy gałęzie zostawały nagie. A przecież nie od razu tak było. Drzewa rosły w pewnym oddaleniu od siebie. Dzieliła je alejka. Przez wiele lat tylko patrzyły na siebie. Z upływem czasu ich gałęzie zdążające ku sobie, były coraz bliżej, aż w końcu spotkały się. Wzruszał mnie ten widok. Wydawało mi się, że widzę parę zakochanych drzew. Ona, czyli wierzba z burzą zielonych, spływających na dół, zielonych włosów i on – silny, zdrowy klon podający swojej ukochanej mocne ramię.

Pewnego dnia wracałam zmęczona z pracy do domu. Już z daleka coś nie pasowało mi w wyglądzie podwórza przed domem. Podeszłam bliżej i stanęłam w miejscu przerażona. Nie było wierzby. Po prostu nie stała już przy alejce. W miejscu, gdzie rosło drzewo, bielił się w trawie krąg świeżo ściętego, grubego pnia. Klon stał opuszczony, dziwnie nie pasujący do pustego miejsca po drugiej stronie alejki. Wierzba była jego dopełnieniem. Teraz u podnóża klonu krzątali się ludzie, którzy ją ścięli. Układali na trawie jej smutne szczątki: pokrojony w plastry pień i pocięte na kawałki gałęzie z jeszcze świeżymi, zielonymi liśćmi.

Podbiegłam do grupki pracowników, żeby dowiedzieć się, dlaczego przyszli wyciąć taką piękną, bujną wierzbę. Kiedy z nimi rozmawiałam, miałam łzy w oczach. Pewnie byli zdziwieni, że dorosła kobieta rozpacza nad ściętym drzewem, ale trudno mi było opanować emocje. Dowiedziałam się, że specjalista od drzew ocenił wierzbę, jako obiekt zagrażający bezpieczeństwu ludzi. Ponoć była stara i krucha, i w każdym momencie mogła się przewrócić na alejkę. Lubię drzewa, ale nie jestem specjalistą od nich. Nie zauważyłam, żeby wierzba nosiła oznaki próchnienia. Na pierwszy rzut oka wyglądała zdrowo. Ale stało się – klon stracił swoją ukochaną. Bardzo mu współczułam.

Wieczorem przez okno spojrzałam z żalem na płaski pień po wyciętej wierzbie. Pod samotnym klonem piętrzyła się zielona sterta wierzbowych gałęzi. Nikt ich jeszcze nie zabrał. Noc była cicha – pogodna i bezwietrzna. Bladym świtem obudził mnie potężny trzask i łoskot. Zerwałam się z łóżka i podeszłam do okna. Nie wierzyłam własnym oczom. Od pnia klonu odłamał się jego najgrubszy konar, ten sam, którym drzewo dotykało swojej ukochanej. Leżał teraz na jej ściętych szczątkach, wielki, poszarpany w miejscu, gdzie się złamał. Na pniu klonu ziała wielka, jasna rana.

Byłam wstrząśnięta. Co mogło spowodować upadek konara? Nie było najlżejszego wiatru. Klon był zdrowy i silny. Czy tak rozpaczają drzewa? – pomyślałam. Klon w oczywisty sposób nie godził się z odejściem wierzby. Zrzucając na nią konar, chciał jej dotknąć po raz ostatni. Nie wróciłam już do łóżka. Zaparzyłam kawę i piłam ją stojąc przy oknie. Przez długą chwilę patrzyłam na to wzruszające pożegnanie zakochanych drzew.

Rano przyjechała ekipa sprzątająca i zabrała stertę gałęzi. Większe z nich pocięto na miejscu piłą łańcuchową na mniejsze kawałki, żeby łatwiej było je załadować na ciężarówkę. Pewnie nikt nie zwrócił uwagi, że wśród szczątków wierzby znalazł się konar innego drzewa. Myślałam, że klon po utracie tak dużej części swojej korony będzie chorował, zmarnieje, a może nawet uschnie. Drzewo dało sobie radę i rośnie do dziś. Trochę zdeformowane, odchylone od alejki. Zupełnie tak, jakby odwracało się plecami do miejsca, gdzie rosła wierzba, żeby nie patrzeć na pusty trawnik. Wydaje mi się taki samotny, opuszczony, tym bardziej, że drzewa żyją długo i długo będzie tak stał zastygły w swoim smutku.

Skończyłam swoją opowieść. Wiktoria przez chwilę w zamyśleniu wpatrywała się w ścianę nad moja głową.
- Babciu, czy drzewa czują?
- Wierzę, że tak. Gdybym myślała inaczej, nie opowiedziałabym ci tej historii.
- A, kiedy ścinają drzewo, to je boli?
- Mam nadzieję, że nie. Badacze roślin odkrywają coraz więcej zaskakujących szczegółów dotyczących ich życia. Niektórzy z nich twierdzą, że rośliny coś czują, ale inaczej niż ludzie i zwierzęta. Wydaje mi się, że to prawda. Przecież żyją, rosną, zmieniają się. Mają swoje potrzeby. Bez wody i światła umierają. Wiosną budzą się z zimowego snu. Nie są martwe.
- To była smutna historia.
- Uprzedzałam.
- To może teraz jakaś wesoła? Może być króciutka.
Wiedziałam, że historia o drzewach poruszyła moją wnuczkę. Nie zawsze należy chronić dzieci przed dramatycznymi opowieściami. Nie przerażającymi, okrutnymi, ale dającymi do myślenia. Dzieci potrzebują wzruszeń i refleksji. To jedna z form kształtowania wrażliwości. Czeka je prawdziwe życie, również w swoim smutnym wymiarze. Ale teraz poczułam, że Wiktoria pragnie usłyszeć przed snem coś lżejszego, krzepiącego. Na poczekaniu wymyśliłam jakąś śmieszną, głupawą historyjkę. To musiało jej wystarczyć na ten wieczór. Po chwili zasnęła. Wierzę, że moja prawdziwa historia o zakochanych drzewach zostawi ślad w jej pamięci.

Drzewa zimą

Ciekawe, co też zimą drzewo, drzewu powie?
- Chyba zmarzłeś mój drogi i gorzej z twym zdrowiem,
bo drżałeś bardzo w nocy. Czyżby to angina?
- No cóż, przyjacielu mój, przyszła sroga zima.

Na grzbiecie brak nam chocby najlichszej koszuli.
Liście spadły jesienią, to czym się otulic?
Nasze gołe gałęzie mroźny wiatr tarmosi.
Może kogo o czapkę i szalik poprosic? -.

Nie, to wszystko nieprawda i bajka zmyślona!
Drzewo zimą nie marznie, jak na drzewie wrona.
Smacznie śpi w mroźne noce i białymi dniami,
otulone po uszy śnieżnymi kołdrami.

Śnią mu się sny pogodne, słoneczne, złociste.
Śni mu się jasne niebo i zielone liście,
ptasie gniazda i pszczoły brzęczące donośnie.
Śpi spokojnie i marzy cichutko o wiośnie.